Miętowy Kokos · blog

O słodkim zapachu lata

REFLEKSJE
Chłód… lubię ten okalający ramiona chłód wiatru, który delikatnie kołysze koronami drzew zaraz po zmroku. Ten chłód jest jak oczyszczenie, zwłaszcza, gdy cały dzień żar lał się z nieba. Można zachłysnąć się tym wiatrem, delektować orzeźwiającym dotykiem i być wdzięcznym, że chociaż na parę godzin ziemia ostudzi się, aby o świcie znów zapłonąć.

 
 
Nie przypadkiem piszę o letnim wieczorze. Niestety nie ta pora dnia jest głównym bohaterem mojego wpisu, ale ma z nim wiele wspólnego. Chciałabym opowiedzieć Wam historię pewnej mojej znajomej, o której właśnie po zmroku myślałam. Stałam sobie w ogrodzie i tak jak opisałam wcześniej, cieszyłam się, że spadła temperatura. Pobliska lampa nastrojowo oświetla podwórze, a mnie w tamtej chwili niewiele już do szczęścia było trzeba.
 
Nie pamiętam dokładnie kiedy nastąpił początek naszej znajomości. Czy było to wiosną dwa lata temu? A może trochę wcześniej? Pamiętam tylko, że spotkałam ją w jednym ze sklepów i jedno spojrzenie sprawiło, abym zapragnęła ją poznać, a ona chyba mnie. Powędrowała razem ze mną do sprzedawcy, a później razem wyszłyśmy na ulicę i koniecznie chciałam pokazać jej gdzie mieszkam. Nie wiem czy moje ówczesne lokum zrobiło na niej wrażenie, ale wiedziałam, że nie zagości tam na długo. Kiedy wyjeżdżałam na weekend w rodzinne strony, zabrałam ją ze sobą. Już tam została. Ze mną w Warszawie nie miałaby tak dobrego życia. Trudno było się rozstać, ale zostawiłam ją w dobrych rękach i dla jej dobra. 
 
Mijały tygodnie, a ona czekała. Wiedziałam, że wypatruje wiosny równie mocno jak ja. Chciała wraz ze mną skąpać się w cieplejszych promieniach słońca i rozkwitnąć, zastygając w półuśmiechu. W końcu nadszedł ten dzień – wymarzony i idealny do tego, aby się rozwinąć. Przygotowałam starannie wszystkie potrzebne mi rzeczy, nie zapomniałam o niczym, ale tak wiele przecież zależało od niej. Do wspaniałej doniczki nasypałam ziemię i drobne jej ziarenka, a potem delikatnie skropiłam wodą. Ona, ona miała tylko cieszyć się z tego i zacząć kiełkować. Moja Lawenda.
 
Lawenda to roślina uprawiana w ogrodzie. Wiedziałam o tym, ale tak bardzo chciałam ją mieć przy sobie. Zaryzykowałam i próbowałam hodować ją na parapecie. W wakacje była już całkiem sporych rozmiarów, ale porównując ją z tymi jej kuzynami, którzy mogli wzrastać poza murami budynku, moja Lawenda była jednak mała. Długo zastanawiałam się jak mogłabym pomóc mojemu kwiatu. Na szczęście w porę pojawił się zdrowy rozsądek w postaci mojej mamy, która to zaproponowała przesadzenie Lawendy do ogrodu. I chociaż bywam uparta, to posłuchałam jej rady.
 
Po dwóch latach, właśnie w ten letni wieczór delektuję się chłodnym wiatrem… i zapachem, który otula mnie swoją wonią. To moja Lawenda – duża, z pięknymi kwiatami. W doniczce nigdy nie rozrosłaby się tak, jak rośnie na wolności. A ja cieszę się jak dziecko kiedy mogę dotknąć jej swoją dłonią, a ona obdarowuje mnie swym słodkim, lawendowym aromatem. 
 
Z nami przecież jest tak samo. Czasem tkwimy w doniczce, może nawet ktoś o nas dba i troszczy się, aby niczego nam nie brakowało, a mimo to nie zachwycamy. Chcemy rosnąć, a nie możemy. Nie jesteśmy do końca wolni, bo jednak ofiarowana nam przestrzeń jest tylko namiastką wolności. A ogród, nasze docelowe miejsce może być przecież tuż za rogiem… I może warto przyjrzeć się samemu sobie i bliskim nam osobom, czy przypadkiem nie należy zabrać się za pikowanie roślin?